czwartek, 29 maja 2014

Od Sunshine do Nighta - Jak dotarłam

Wygramoliłam się mozolnie z mojej nory. Ziewnęłam szeroko i przeciągnęłam kręgosłup. Spojrzałam na niebo. Idealne. Białe, puszyste owieczki przemierzały leniwie błękitną łąkę. Obok wisiało ogromne słońce. Raziło w oczy. Zmróżyłam je. Rozejerzałam się w okół. Kwiaty rozkwitły na żółto, czerwono i niebiesko. Trawa była soczyście zielona. To był naprawdę piękny dzień. Chciało mi się śpiewać. Pomyślałam, że z drugiej strony jestem tu sama. Zaczęłam wolno truchtać. Przymknęłam lekko oczy i śpiewałam:
- La, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la!
W taki sposób minęło około 5 minut. Przedemną była jedynie łąka pełno kwiatów. Niczego więcej. Nie patrzyłam już nawet gdzie idę. Nagle uderzyłam w jakiś kamień porośnięty mchem. Przewróciłam się. Potrząsnęłam głową. To wcale nie był kamień i mech. To jakiś wilk, którego chyba zbudziłam. Zaczęłam go przepraszać:
- Bardzo, bardzo przepraszam! Szukałam tylko jakiejś watahy. Wiem, jestem straszną niezdarą. Nie patrzyłam gdzie idę. Trawa tu taka wysoka, a kwiaty kolorowe i...

<Night, dokończysz?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz